Powrót do pierwszej miłości

Ten, kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością

Częstym zjawiskiem jest, że gdy ktoś się nawraca, porzucą swą starą, grzeszną drogę, i przyjmuje nowe życie w Chrystusie, z miejsca doświadcza jego miłości. W szczególności, gdy wiele mu wybaczono (Łk 7, 47). Objawia się to wielką radością w sercu, i chęcią dzielenia się ze wszystkimi ludźmi, by także i oni mogli tego doświadczyć. Człowiek taki opowiada wtedy swoje świadectwo, jak to się stało, że Jezus pojawił się w jego życiu. Często też znajduję sobie wspólnotę, kościół, w którym może spotykać innych Chrześcijan, i nadal budować swoją wiarę, oraz dzielić się swoim świadectwem z innymi.

Czy nie dzieje się tak jednak w życiu wielu Chrześcijan, że z czasem radość z ich nawrócenia zanika, a życie jako nowonarodzony człowiek powszednieje? Trzeba przecież pójść do pracy, a potem wykonać szereg obowiązków w domu. W szczególności osoby, które założyły rodziny, wiedzą, czym jest olbrzymi ładunek codziennych powinności, które zwykło się nazywać w tym świecie “prozą życia codzinnego”. Martwimy się więc o nasze, “lepsze jutro”, i gdzieś, z czasem nasze życie chrześcijańskie potrafi ograniczać się jedynie do krótkich modlitw, szybkiego czytania wersów biblijnych, czy nawet tylko i wyłącznie chodzenia do kościoła co niedziela, a i to nie zawsze.

Siadamy więc na krzesłach, i słuchamy, co dzisiejszy mówca chce nam przekazać pod natchnieniem Ducha Świętego. I często nawet dopada nas refleksa, pod wpływem głoszenia, a nasze sumienia wyrzucają nam, co robimy źle, i co powinniśmy zmienić w naszych życiach. Potem pijemy pyszną kawę, albo herbatę, i rozchodzimy do naszych domów, wracając do naszych obowiązków, do “prozy życia codziennego”. Stajemy się wtedy biernymi słuchaczami Słowa, niczym widownia w teatrze, jedynie podziwiając wspaniałych “mężów bożych”, którzy podjęli się “służby”. Jeżeli tak wygląda Twoje życie w Chrystusie, to ten artykuł jest dla Ciebie.

Bądźcie więc wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie (Jk 1, 22). Między ciernie jest zaś posiany ten, kto słucha Słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają je, tak że nie przynosi owocu.

Nie zrozumcie mnie źle, nie nawołuję tutaj, by każdy z was teraz starał się zostać pastorem, ulicznym ewangelistą, lub “kaznodzieją na pełny etat” (chociaż nie ma w tym nic złego – wręcz przeciwnie). Możemy bowiem “wydać owoc” na wiele różnych sposobów, często w jednorazowych akcjach, starając sie rozeznawać wolę Bożą na każdym kroku. Pomagać nam w tym będzie Duch Święty, zawsze, gdy tylko otworzymy się na jego głos, i wsłuchamy się w to, co on ma nam do powiedzenia. Możemy więc działać na wiele sposób, często także w “małych” rzeczach. Pomaga nam to zrozumieć apostoł Paweł w Liście do Rzymian:

Zachęcam więc was bracia, przez wzgląd na miłosierdzie Boga, abyście złożyli wasze ciała na ofiarę żywą, świętą, podobającą się Bogu, związaną z waszą mądrą służbą. Nie dostosowujcie się do tego świata, ale dajcie się przemienić przez odnowienie myśli, abyście potrafili rozpoznać, co jest wolą Boga, co jest dobre, co Mu się podoba i co jest doskonałe. Mówię bowiem do każdego z was mocą danej mi łaski, abyście nie myśleli o sobie więcej niż należy, ale myśleli w granicach rozsądku, stosownie do wiary otrzymanej od Boga. Tak przecież, jak w jednym ciele mamy wiele członków, lecz nie wszystkie członki wykonują tą samą czynność, tak chciaż liczni, jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a dla siebie nawzajem członkami. Jeśli więc mamy różne dary według udzielonej mi łaski, to jeśli ktoś ma dar prorokowania – niech go używa zgodnie z wiarą, jeśli dar służby – nie służy, jeśli dar nauczania – niech naucza, jeśli dar napominania – niech napomina, jeśli dar wspomagania – niech to robi z hojnością, jeśli ktoś jest przełożonym – niech działa z gorliwością, a kto okazuje miłosierdzie – niech czyni to z radością.

Zatem, naszym powołaniem jest wsłuchiwać się w głos Boży, i za nim podążyć, stając się wiernym sługą. Św. Paweł wskazał nam konkretne przykłady, ale jestem pewien, że możemy działać na wiele sposobów, by pomnażać chwałę Królestwa Bożego. I nie muszą to być wyjątkowe służby, czy powołania, bo czyż udzielenie komuś wsparcia, czy okazanie miłosierdzia jest trudne?

Wreszcie przyszedł ten, który otrzymał jeden talent i oznajmił: Panie, poznałem cię i wiem, że jesteś człowiekiem surowym. Zbierasz plon tam, gdzie nie posiałeś i zgarniasz tam, gdzie nie rozsypałeś. Z obawy przed tobą poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz, co twoje.

A sługę nieużytecznego wyrzućcie w ciemność, na zewnątrz. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów

Pewnie część z was poznała mnie, ale na pewno są też i tacy, co nie mają pojęcia kim jestem. Jestem archeologiem, i od 2018 pracuję na wykopaliskach w Wielkiej Brytanii, ciągle podróżując, i nie mając stałego miesca pobytu. Jedynym miejscem na Ziemi, które z całą pewnością mogę nazwać domem jest Wrocław, gdzie zawsze przyjeżdżam, gdy tylko obowiązki służbowe mnie zwalniają. Wtedy odwiedzam Kościół The Rock, do którego dołączyłem w 2020 roku, gdy pewna pandemia sprawiła, że nie mogłem wyjechać z Polski na nowy sezon wykopaliskowy przez jakiś kilka miesięcy. Gdy tylko mogę, biorę udział w spotkaniach w grupie dla mężczyzn, czy w spotkaniach modlitewnych. Słucham świadectw innych, i dzielę się swoimi, modlimy się razem, wzajemnie nauczamy. Czuję, że buduje się wtedy mój duch, a wiara rośnie, wydając swój owoc. Są to niestesty, patrząc w skali roku, rzadkie chwile.

Częstym schematem było to, że po takim zbudowaniu wśród braci i sióstr, wracałem później do Wielkiej Brytanii, gdzie stawałem się praktycznie “samotną owcą”. Jasne, czytałem Pismo Święte, modliłem się, czy czasem zaszedłem do lokalnego kościoła. Jednak moja wiara słabła, bowiem wydawałem owoc będąc jedynie w naszej wspólnocie. Moja wiara malała, stawała się powierzchowna, a ja sam coraz bardziej “cielesny”, czy mówiąc inaczej: nowy człowiek, narodzony z ducha, przysypiał, podczas gdy wzbudzał się stary – cielesny. Skutkowało to tym, że po pracy zajmowałem jedynie rozrywkami: youtubem, grami, książkami, a w weekendy także i podróżami. Świetnie taką postawę “letniości” ilustruje Jezus, mówiąc do kościoła w Laodycei, w Objawieniu Św. Jana:

Znam twoje czyny: nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący.

Moją wymówką zawsze było: i tak jestem oddzielony od The Rocka, więc nic nie mogę zrobić, by wydać owoc wiary. A przecież w naszym kościele różne osoby mówiły mi, że powiniem więcej się odzywać, coś nauczać. Jedna siostra przedstawiła pomysł, bym założył grupę domową dla singli, o co nawet modliliśmy się Jednak całe to “rozpalenie” przez Ducha Świętego do wydania większego owocu, ostatecznie “poszło w gwizdek”, bo i tak wyjechałem ponownie do Anglii, a zatem “nie było na to czasu”. Zakopałem więc swój talent, jak ten nieszczęśnik z Mt 24-25, a potem zgrzytałem zębami w duchowej pustce….
Wtedy też szatan miał do mnie większy przystęp, i widząc okazję w mojej duchowej słabości, zsyłał na mnie różne pokusy, które czasem skutkowały, co muszę z przykrością przyznać, grzechem. Swego czasu ostrzegał przed tym Św. Piotr:

Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Wasz przeciwnik, diabeł, jak lew ryczący krąży i szuka, kogo pożreć. Przeciwstawiajcie się jemu, silni wiarą, wiedząc, że te same cierpienia znoszą wasi bracia na świecie.

Tak właśnie w moim przypadu dokonało się przejście od bycia wykonawcą słowa, do jedynie słuchaczem słowa. A Jezus przestrzegał, jaki może być tego skutek:

Każdy więc, kto słucha tych Moich słów i wprowadza je w czyn, podobny jest do człowieka rozsądnego, który zbudował swój dom na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak się nie zawalił, ponieważ fundament miał założony na skale. Każdy zaś, kto słucha tych Moich słów i nie wprowadza ich w czyn, podobny jest do człowieka głupiego, który zbudował swój dom na piasku. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichury i uderzyły w ten dom, i zawalił się, i runął z wielkim trzaskiem.

Ja zbudowałem na piasku, i wicher mnie powalił. Każdy z nas jest inny, i pisze swoją historię. Jak było w Twoim przypadku?

Ale mam przeciwko tobie to, że porzuciłeś swoją pierwszą miłość. Pamiętaj więc, skąd spadłeś i opamiętaj się, i podejmij pierwsze czyny. A jeśli nie, przyjdę do ciebie i ruszę twój świecznik z jego miejsca – jeśli się nie opamiętasz.

Gdy w połowie lutego wróciłem do Polski, zachorowałem na grypę na dwa tygodnie, leżąc w łożku, i wygrzewając się. Jako, że nie miałem wiele do roboty, dużą ilość wolnego czasu wykorzystałem na rozrywkę: Netflix, Youtube, granie na Playstation, oraz czytanie książek. W końcu poczułem jednak dysonans. Poczułem, że Bóg wzywa mnie do tego, bym wydał owoc. Wydawało mi się, że marnuję ten czas. Poza tym, czułem to wezwanie do powrotu do “pierwszej miłości”, gdy byłem gorliwie gotów ogłaszać fakt, iż Bóg rzeczywiście istnieje, a Jezus zmartywchystał, poświadczając to swoim osobistym świadectwem nawrócenia. By to jednak stało się faktem, musiałem ponownie zjednoczyć się z Jezusem, i pokochać go z całego serca, z całej duszy, i z całej siły (Pwt 6, 5). Dalej pozostawało już tylko wsłuchać się w głos Boży, który po cichu zaczął przemawiać do mojego serca…

Gdy wyzdrowiałem, niezwłocznie udałem się do The Rocka. Na studium biblijnym poruszyliśmy temat naszego powołania. Czy powinniśmy nieść dalej Dobrą Nowinię? Jezus mówił wszakże do swoich uczniów: Czy wnosi się lampę, aby ją wstawić pod korzec lub pod łóżko? Czy raczej po to, aby ją postawić na świeczniku? (Mk 4, 21). Wniosek nasuwał się sam: powinniśmy “świecić” nie tylko do wewnątrz, do naszego kościoła, ale także na zewnątrz, a może przede wszystkim, na zewnątrz, do innych ludzi. Gdy zacząłem rozmyślać o tym, jaki jest praktyczny wymiar tego wezwania, powiedziałem na głos:
– Dlaczego robimy w Kościele tylko rzeczy proste? Chętnie modlimy się na językach, czasem coś prorokujemy. A dlaczego nie angażujmy się w pełni w to, do czego powołał nas Chrystus? Choćby, dlaczego nie wkładamy rąk na chorych, i nie modlimy się o uzdrowienie?
Poszedłem nawet dalej:
– Dlaczego co niedzielę, po nabożeństwie, nie mamy sesji uzdrowień?

Słowa te wywołały lekki ferment, zaczęliśmy o tym debatować, wymieniać się swoimi doświadczeniami. Część braci i sióstr zebranych na spotkaniu miało już to doświadczenie wkładania rąk na chorych, czasem Bóg działał, i zaiste dokonywały się uzdrowienia. Faktem jednak było to, że nie było to codzienne doświadczenie tych osób.

Ja natomiast wyznałem:
– Jeszcze nigdy nie modliłem się za chorych o uzdrowienie. Po pierwsze dlatego, że miałem obawę, że co jeśli Bóg nie zechciał by okazać swojej mocy? Wtedy jego imię okazało by się bezwartościowe. Drugą obawą, może nawet tą co mnie mocniej blokowała, było to, że sam mógłbym wyjść na głupka, gdyby uzdrowienie się nie dokonało.

Bracia i siostry dobrze wyjaśnili mi, że zarówno jednym, jak i drugim, nie powinienem się przejmować. Bóg działa kiedy chce, i jak chce, wszystko jest w jego woli. A my, jako jego słudzy powinniśmy po prostu działać zawsze, kiedy Bóg nas do tego powołuje, i być mu poddanym. Zaczęliśmy więc modlić się o to, by Jezus odblokował wszystkie nasze obawy, uzdolnił nas do działania, i by posłał nas tam, gdzie on chce byśmi działali w jego imię. Modliliśmy się o to, by uzdrowienia stały się stałą praktyką Kościoła.

Kilka dni później, przypomniałem sobie o istnieniu pewnego domowego kościoła, który ongiś odwiedzałem. Nie byłem tam jednak już ponad rok, i nie byłem pewien, czy osoby będące jego częścią jeszcze pamiętają mnie, ani czy tam się zbierają. Wahałem się przez chwilę czy się w ogóle odzywać, po czym zdałem sobie z tego sprawę, że przecież Duch Święty uwielbia, gdy jako wierzący zbieramy się w grupach. Od razu więc zgromiłem te wszystkie myśli budzące wątpliwości słowami: “W imię Jezusa Chrystusa, nakazuje wynosić się tym myślom i szatanowi, który je wysyła!”. Wątpliwości ustały, a ja skontakowałem się z liderką tej wspólnoty. Okazało się, że nadal się spotykają, i jestem jak najbardziej mile widziany.

Podczas “ogłoszeń parafialnych” jedna z uczestniczek spotkania, przekazała informację, że za dwa tygodnie odbędzie się seminarium w Katowicach. Głównymi tematami będą rozpoznawanie woli Bożej, uwalnianie od demonów, czy uzdrawianie chorych. Pomyślałem wtedy: “Zaiste, Duch Święty działa czasem dużo szybciej, niż nam się wydaje!”. Nie byłem jednak pewien, czy będę mógł wziąć udział w tym seminarium, bowiem na widnokręgu rysował mi się już kolejny wyjazd do Anglii. Pomyślałem jednak sobie: “jak fajnie by było tam być!”.

W kolejny weekend mieliśmy wyjątkowego gościa w The Rocku, który pełni służbę proroczą (każdy wie o kogo chodzi, ale celowo nie podaje w tym artykule niczyich imion, bo nie wiem, czy ktoś sobie tego życzy). Nie będę podawał treści całego proroctwa, bo to nie ma sensu, podam tylko esencję. Otóż: Bóg pragnie, bym się do niego przybliżył. Jest jednak jeszcze dużo rzeczy, które muszę przepracować, nadal obowiązuje mnie czas nauki. Muszę też wykreślić pewnie rzeczy ze swojego życia, by móc przynieść owoc wiary.

Potem wróciłem do domu, mając wolne popołudnie i wieczór. Jako, że miałem wykupiony abonament na Netflixie na marzec, pomyślałem, że to będzie najlepszy sposób na wypełnienie wolnego czasu. Obejrzałem sobie film “Openheimer”, o którym było głośno kilka lat temu. Trwał on jakoś 2,5h. Po seansie, pojawił się jednak dziwny niepokój w moim sercu, ale nie spowodowany filmem, czy jego treścią. Było to takie uczucie, które się miało, gdy się coś przeskrobało będąc dzieckiem, i dobrze się widziało o tym, że rodzicie będą źli, i na pewno czeka mnie kara. Zdałem sobie sprawę, że to Duch Święty puka do mojego serca, stara się dobijać już od ponad dwóch godzin, a ja pozostaję głuchy. Poczułem się winny, że nie szukałem woli Bożej w swoim życiu, tylko oddałem się próżnej rozrywce.
Położyłem się zatem krzyżem, jak Katolicy, na podłodze swojego pokoju, która składa się z drewnianej posadzki i zacząłem się modlić. Zacząłem przepraszać Boga za bycie sługą nieużytecznym. Poprosiłem też Boga o to, by przemówił do mnie, bo pragnę poznać jego wolę, a potem zamilkłem. I Bóg przemówił, i ukazał mi obraz moich codziennych czynności: Youtube, Netlix, Playstation, książki, muzyka, internet i inne wypełniacze wolnego czasu. Po czym wszczepił mi myśl: “przez te właśnie rzeczy oddalasz się odemnie, bo one wypełniają większość Twoich myśli”. I wtedy zdałem sobie sprawę – te pożądania mnie tak na prawdę męczą. Bo nawet, jeśli jakieś spełnię, tj. przesłucham jakiś album muzyczny, pragnę przesłuchać kolejny, jak przeczytam książkę, to chcę kolejną, jak obejrzę filmik na Youtubie, to chcę kolejny. I wtedy organizuje sobie cały wolny czas, by móc poświęcać się tym wszystkim przyjemnością. A co ze służbą Bogu, co z dawaniem świadectwa o jego istnieniu, co z wydaniem owocu ducha?

Obudziło się we mnie pragnienie przybliżenia się do Boga, do wsłuchania się w jego wolę. Złożyłem więc ślub postu. Nie było jednak sensu robić klasycznego, “pokarmowego” postu. Głównym powodem było to, że we Wrocławiu mieszkam z moją Mamą, która jest niewierząca. Nie zrozumiała by idei, dlaczego nagle nie chcę jeść, a znając ją, to zaczęła by się o mnie martwić. Zadałem sobie pytanie: czy od tego wzrostła by chwała Królestwa Bożego? Odpowiedź była twierdząca. Ale co, gdyby zrobić post, w którym wyrzekam się wszystkich rzeczy, które sprawiają mi przyjemność? Zatem: Youtube i Netflix off. Dalej: gry komputerowe i video – off. Internet i czytanie czegokolwiek tam – off. Książki? Wszystkie na półkę, żeby się kurzyły. Jedyny wyjątek, jaki sobie zostawiłem, to Pismo Święte.

I muszę przyznać, że te trzy dni postu były na swój sposób “magiczne”. Nie myślałem o tym, co będę robić w ramach rozrywki, bo nie było nawet o czym myśleć. Więcej czasu spędzałem na rozmwach z Mamą, co wyraźnie ją cieszyło. Ogarnąłem parę obowiązków, które odkładałem, min. posegregowałem dokumenty, i popakowałem je do teczek, które kupiłem już jakiś czas temu, i posprzątałem w szafie. Ale co najważniejsze, ze strony duchowej, było to, że byłem ciągle wsłuchany w głos Boży. Miałem z Nim, niejako, “ciągłą łączność”, rozmyślając o tym, jak wspaniały jest Bóg, i o nowym życiu w Chrystusie. Zacząłem odczuwać ponowie w swoim sercu miłość Bożą, tą samą, gdy nawróciłem się 10 lat temu. Nie mogłem się doczekać spotkań z braćmi i siostrami w Jezusie w The Rocku, i nie tylko.

W międzyczasie okazało się, że mój wyjazd do Anglii opóźnił się o kolejny tydzień, i że mogę pojechać na seminarium w Katowicach. Byłem wielce rozradowany, i to pomimo tego, że pozostawałem bezrobotny. Ufałem jednak Panu, że on ma wszystko dobrze zaplanowane, a napewno dużo lepiej, niż ja sam bym to planował.

Seminarium odbywało w małym kościele, na piętrze w kamienicy. Prowadził je zaproszony specjalnie na tę uroczystość pastor, który przybył z drugiego końca Polski. Część warsztatów prowadzili też jego wspólpracownicy. Celem tego zebrania było nie tylko głoszenie “kwiecistych” kazań, ale także zaagnażowanie uczestników, i niejako – “zaprzęgnięcie” ich do Bożej służby. Pierwszym modułem była modlitwa o chrzest w Duchu Świętym, by objawił się dar mówienia językami osobie, o którą się modlono. Na scenie zebrały się osoby, które nie doświadczyły tego, oraz osoby, które nigdy nie modliły się o to za nikogo. Ja odważyłem się wyjść, jako osoba modląca. Duch Święty wypełnił salę, i już po chwili rozbrzmiała ona od głosu modliwy w różnych językach. Chwała Panu!

To był jednak tylko wstęp do rzeczy niezwykłych. Dalszą częścią był wykład o wkładaniu rąk na chorych, i o uzdrawianiu. Prelegenci przedstawiali swoje świadectwo, oraz przytaczali biblijne przykłady uzdrowień. Potem, jak poprzednio, przeszedł czas na część praktyczną. Na środek wyszły najpierw osoby, które cierpiały na różne dolegliwości, a potem wszyscy chętni, którzy jeszcze nie mieli okazji modlić się o czyjeś uzdrowienie. Zespoły modlitewne dobrano tak, by przynajmniej dwie osoby modliły się nad jednym chorym, żeby nikt nie przypisywał sobie zasługi uzdrowienia kogoś. Sam miałem sposobność modlić się o uzdrowienie dla starszego pana, który od cierpiał na bóle w kręgosłupie, miał kłopot, by w ogóle siedzieć. Dał on niezwłocznie świadectwo, że ból go opuścił, a ulga była natychmiastowa. Po kilku godzinach, gdy całe to spotkanie kończyło się, zapytałem się go, jak się czuje. Oświadczył, że bóle nie wróciły, i że wszystko jest wporządku. Zresztą, tego dnia na sali owego kościoła dokonało się wiele uzdrowień. Chwała Panu!

Dzień później przyszedłem na niedzielne nabożeństwo w The Rocku. Na starcie przywitał mnie brat ze słowami: “żałuj, że nie byłeś tutaj wczoraj!”. W naszym kościele odbywała się bowiem sesja NOF School, i okazało się, że też dochodziło do uzdrowień. Jeden brat, który miał problemy ze wzrokiem, i musiał nosić okulary, odzyskał pełnię wzroku! Duch Święty działa w wielu miejscach naraz, wszędzie tam, gdzie tylko pojawia się wiara. Byłem tak rozradowany w duchu, że nawet nie byłem w stanie skupić się na treści kazania. W myślach bowiem tylko dziękowałem Bogu, i pragnąłem go uwielbiać…

Tego samego dnia zjawiłem się jeszcze w innym kościele we Wrocławiu, gdzie miał głosić ten sam mówca, co w Katowicach. Wygłosił on proste kazanie, o tym, żeby szukać ze wszelką cenę głosu Jezusa w swoim życiu, żeby być w niego głęboko wsłuchanym, i być otwartym na poznanie Jego woli. Można by rzec, że to takie “duchowe mleko”, ale właśnie tego potrzebowała moja dusza w owej chwili. Mowa ta trafiła na podatny grunt mojego serca, już poruszonego przez cuda ostatnich dni…

Po kazaniu pastor przeszedł do częście praktycznej, podobnie, jak to było w Katowicach. Teraz jednak były z góry ustawione zespoły modlitewne. Nie było więc dla mnie “roboty”, a ja sam nie miał czułem potrzeby, by się o mnie modlono. Pomodliłem się w myślach: “Duchu Święty, czy mam stąd po prostu wyjść? Czy nie mam z nikim nawiązać interacji? Czy nie mam też usłużyć w jakiś sposób?”. I gdy już się zbierałem do wyjścia, zagadałem do starszej kobiety, która siedziała w moim sąsiedztwie. Powiedziałem coś w stylu: “dobre było kazanie, ale chyba czas na mnie. Widzę, że tutaj macie ustalone już, kto ma się modlić za chorych”. Ona mi odpowiedziała, że nie jest z tego kościoła, i że pochodzi z miejscowości na Górnym Śląsku, oraz, że nie wierzy w Boga. Zapytałem ją więc, czemu kłopotała się, by tutaj przyjechać, taki kawał drogi. Odpowiedziała, że bardzo lubi słuchać mówcę, który dzisiaj głosił, i w głębi serca wie, że jest jakaś siła wyższa, którą można nawet nazwać Bogiem, tylko, że ona nie wierzy w autorytet Pisma Świętego, oraz w głoszenie Chrześcijan. I wtedy poczułem w duchu, że muszę opowiedzieć tej kobiecie, świadectwo swojego nawrócenia, i uwierzenia w imię Jezusa.

Naszej rozmowie przysłuchiwał się także członek tamtejszego kościoła, który się do nas przyłączył. On też opowiedział swoje świadectwo. Potem dołączyła jeszcze kolejna osoba. Nie wiem, jaki był dalszy los owej kobiety, i czy łaska wiary na nią spłynęła, ale wydawała się poruszona. Wiem natomiast jedno: wtedy, w owej chwili chwała Królestwa Bożego powiększyła się, a ja sam poczułem, że wydaję owoc wiary.

Dlatego padam na kolana przed Ojcem – od którego każda ojczyzna w niebiosach i na ziemi bierze swoją nazwę – żeby obdarzył was według bogactwa swojej chwały, aby przez Jego Ducha został umocniony wewnętrzny człowiek i przez wiarę Chrystus zamieszkał w waszych sercach, abyście zostali zakorzenieni w miłości i zbudowani na jej fundamencie; abyście byli w stanie pojąć wraz ze wszystkimi świętymi szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznali tę przewyższającą wszelkie poznanie miłość Chrystusa; abyście zostali napełnieni całkowitą pełnią Boga.

Raptem kilka dni później dostałem nagłą propozycję, “last minute”, wyjazdu do Anglii. Był to piątek, a pracę miałem podjąć już w poniedziałek. Wiedziałem, że mam ją przyjąć. Dostałem już dość łask w Polsce na ten czas, teraz przyszedł czas próby. Takiej próby, jaką zaznał Jezus, będąc przez 40 dni kuszony na pustyni. Ufałem jednak Panu, bowiem wiedziałem, że nie może przyjść na mnie pokusa, której nie mogę znieść:

Nie nawiedziała was żadna inna pokusa niż ludzka. Bóg zaś jest wierny i nie pozwoli kusić was ponad to, co możecie znieść, ale wraz z pokusą da sposób wyjścia tak, abyście mogli wytrwać.

Obecny wyjazd do Anglii, w wartwie materialnej jest czysto zarobkowy, jak każdy poprzedni. Jednak w warstwie duchowej jest “pustynią”, chwilą próby wiary, a także umocnienia jej. Czuję bowiem, że Bóg chce powołać mnie do rzeczy, którym obecnie, nie podołałbym. Dlatego poddaję się jego woli, bo wiem, że bez niego obudził by się we mnie stary człowiek, który by mnie przywiódł go grzechu, a ten do śmierci.
Bóg ma prawo wystawiać mnie na próbę, tak samo jak zrobił to ze swoim sługą Abrahamem, gdy zarządał złożenia ofiary z jego umiłowanego syna Izaaka. Ufam mu, i daję mu się prowadzić. On wie lepiej, co jest dla mnie dobre, niż ja sam. Jezus zresztą sam wypowiedział o tym, jak to jest wejść z nim w głęboką realcję:

Jarzmo Moje bowiem jest miłe, Moje brzemię lekkie.

Powiedziałem więc: Nie wspomnę o Nim ani nie będę już mówił więcej w Jego imieniu! Wtedy to stało się w moim sercu jak ogień płonący, zamknięty w moich kościach. Starałem się przetrzymać, lecz nie mogłem!

Duch Boży mnie rozpala, niczym żar w sercu, jak proroka Jeremiesza. Nie ma już powrotu do tej byle jakości, do “letniości” w relacji z Jezusem. Chciałbym, żeby jego słowa o Dobrej Nowinie niosły się dalej, żeby nie utykały na tamie naszych słabości, czy też braku wiary. Bóg mówił do Mojżesza “Ja będę z tobą”, i wierzę w to, że on mówi to do każdego z nas. Jak odpowiemy na wezwanie naszego pasterza? Dostaliśmy bowiem jasne przykazanie:

I powiedział do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewengelię wszelkiemu stworzeniu.

Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić więcej niż to, o co prosimy lub co zdołamy sobie wyobrazić, Jemu chwała przez wszystkie pokolenia na wieki wieków. Amen.

W chwili, gdy kończę pisać ten tekst, jestem już piąty tydzień w Anglii. Poświadczam, że nadal utrzymuje się ten “rozpalony duch”. Czuję, jak Bóg popycha mnie do wydawania owocu, a moje serce jest “gorące”. Ta przemiana, ten powrót do “pierwszej miłości” na prawdę się dokonał, i wszystko wygląda na to, że nie zwalnia to tempa. Sam już nie mogę się doczekać, jaka wspaniała przyszłość się objawi. Nic nie daje takiego uczucia szczęścia, jak jedność z Panem!

Zachęcam wszystkich braci i sióstr do szukania tej jedności z Bogiem, w każdym calu, by podporządkować mu się zupełnie. Znam już osoby w naszym kościele, które tego doświadczyły, teraz rozumiem je dużo lepiej. Przejdźcie przez ciasną bramę! Widzimy się na wąskiej ścieżce!

Wchodźcie przez ciasną bramę. Szeroka jest bowiem brama i wygodna droga, która prowadzi do zguby i wielu przez nią wchodzi. Ciasna natomiast jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia i niewielu ją znajduje.

Pozdrawiam was serdecznie, niechaj Jezus będzie z nami wszystkimi!

Piotr

Ps. wszystkie cytaty podane są z przekładu Biblii Ekumenicznej.